01 lutego 2011

Patrzeć, słuchać, poznawać...

„Czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą” (Jon 4,2).


Znowu w tym roku mamy „długi karnawał”. Jeśli nawet tradycyjnie przedłużymy czas Bożego Narodzenia aż do święta Matki Bożej Gromnicznej, czyli Ofiarowania Pańskiego, to i tak do Środy Popielcowej, która w tym roku przypada dopiero 9 marca, pozostaje nam ponad miesiąc. Pięć tygodni lub całe dwa miesiące – jeśli liczyć od niedzieli Chrztu Pańskiego – okresu zwykłego, zwyczajnej codzienności. Codzienności, w której trudniej jest zachować świeżość i entuzjazm, w której trzeba uważać, by nie popaść w rutynę i monotonię. Wbrew jednak dość powszechnemu przekonaniu, że ta zwykła codzienność jest czasem pustym i bezwartościowym, jest ona tym najgłębszym, podstawowym wymiarem naszego życia, w którym dotykamy istoty i sensu naszej egzystencji, w której także się urzeczywistnia i weryfikuje nasza relacja z Bogiem. Wybitny teolog katolicki, niemiecki jezuita Karl Rahner, w swoim rozważaniu o modlitwie w codzienności napisał: „Nie możemy umknąć codzienności, gdyż zabieramy ją ze sobą, gdziekolwiek byśmy szli, jest bowiem nami – naszym codziennym sercem, gnuśnym duchem, małą miłością, która czyni lichym i zwykłym nawet to, co jest wielkie. I dlatego nasza droga prowadzić musi poprzez samą codzienność, poprzez jej obowiązki i niedole”. To w codzienności właśnie dokonuje się, pogłębia i weryfikuje nasza relacja z Bogiem, nasze kroczenie z Jezusem.

Uczniowie niepojętni
Od poniedziałku po Chrzcie Pańskim, kiedy to rozpoczął się ten nasz okres zwykły, dzień po dniu, z wyłączeniem niedziel, czytamy w liturgii mszalnej Ewangelię według świętego Marka. Towarzyszyć nam ona będzie aż do Środy Popielcowej.
Jednym z głównych wątków, które ewangelista Marek uwydatnił w swoim dziele, jest temat kroczenia za Chrystusem – bycia Jego uczniem. Pierwszą sceną, którą umieszcza Marek na początku swego dzieła, zaraz po opisie Chrztu Jezusa, jest scena powołania pierwszych uczniów – od niej też rozpoczęliśmy naszą liturgiczną lekturę tej Ewangelii. W kluczowych fragmentach ewangelii Markowej jest zawsze wzmianka o uczniach Jezusa i jest to niestety zawsze wzmianka dla nich niekorzystna. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, iż według Marka, uczniowie Jezusa byli największą Jego porażką – niczego się od niego nie nauczyli. Począwszy od samego Piotra, który, mniej więcej w połowie ewangelii, słyszy ostre słowa Jezusa: „Idź za mną, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie!” (Mk 8,33), a skończywszy na całej grupie, o której się mówi na końcu Ewangelii, że nie byli w stanie uwierzyć w Zmartwychwstanie (por. Mk 16,8.11.13). Bardziej polegali oni na swoich odczuciach i doznaniach niż na słowach samego Chrystusa. Nie dziwi więc fakt, że Jezus, ukazując im się ponownie, „wypominał im brak wiary i upór, ponieważ nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego” (Mk 16,14).

Prorok nieprzejednany
Mamy tez w Starym Testamencie księgę – prawdziwą perełkę! – opisującą zmagania Boga z człowiekiem, który, zamiast Boga poznawać, zamiast się od Niego uczyć, chciał Go... pouczać i poprawiać! Chodzi oczywiście o historię proroka Jonasza. Poznajemy tego proroka, czyli „męża Bożego”, w momencie, gdy otrzymuje od Boga polecenie, by udać się na północ, do wielkiego miasta Niniwy i wzywać jego mieszkańców do nawrócenia. Czytając dalej tę historię, dowiadujemy się, że Jonasz zamiast na północ, do Niniwy, udaje się na południe, do Tarszisz – najzwyczajniej w świece ucieka od swojej misji, udając się w zupełnie odwrotnym kierunku. Pod koniec tej historii, kiedy to Bóg sprawia, że Jonasz wypełnia ostatecznie swoją misję i sprawia, że niniwici się nawracają i zostają ocaleni – po drodze mamy emocjonujący opis burzy na morzu, Jonasza za burtą i cudowne ocalenie we wnętrzu ryby – Jonasz wyjawia motyw swojej ucieczki: on nie chciał, by niniwici zostali ocaleni, wręcz pragnął ich zagłady i dlatego nie chciał wypełnić swej misji: „wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą”, „dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz” (Jon 4,2). – według Jonasza Bóg popełnił błąd ocalając grzesznych niniwitów, i nie waha się Mu o tym powiedzieć. Ostatecznie dochodzi do tego, że Bóg musi się zająć edukacją Jonasza. I ta edukacja odbywa się w... zwyczajnej codzienności życia pustynnego: wyrasta krzew, który daje cień i wytchnienie, usycha krzew podgryziony przez robaczka, i jest morał za całej tej historii: „Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?” (Jon 4,10-11).

Nie wiemy czy Jonasz tę naukę pojął, czy dał się przekonać – historia jest otwarta, kończy się tym pytaniem... A może o to właśnie chodzi – na pewno o to chodzi – byśmy i my na to pytanie odpowiedzieli: czy przeżywamy świadomie naszą codzienność, czy potrafimy w niej słuchać Boga, czy potrafimy się od Niego uczyć, czy chcemy Go poznawać, by Go naśladować, zamiast... bezczelnie chcieć Go poprawiać.

01 stycznia 2011

„Byłem cudzoziemcem...”

„Gdy w waszym kraju osiedli się cudzoziemiec, nie będziecie go uciskać. Będziecie go traktować jak każdego mieszkającego tu Izraelitę i będziecie go miłować jak siebie samego, bo i wy byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej. Ja jestem Panem, waszym Bogiem!” (Kpł 19,33-34).


Druga niedziela po uroczystości Objawienia Pańskiego obchodzona jest w naszym Kościele Rzymskokatolickim jako Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. W orędziu skierowanym do całego Kościoła w związku z tym wydarzeniem, przypadającym w tym roku na niedzielę 16 stycznia, Papież Benedykt XVI napisał: „Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy jest dla całego Kościoła okazją do refleksji nad tematem związanym z narastającym zjawiskiem migracji, do modlitwy o to, aby serca otwierały się na chrześcijańską gościnność, i do działania, ażeby szerzyły się w świecie sprawiedliwość i miłość, które stoją u podstaw budowania autentycznego i trwałego pokoju”.
Temat migracji i migrantów nie jest, czy też nie powinien być, dla nas chrześcijan zagadnieniem nowym, gdyż jest on mocno zakorzeniony w tradycji biblijnej – znajdujemy go w tekstach tak Starego, jak i Nowego Testamentu.

„Aramejczyk błądzący”
W świecie starożytnym znany był powszechnie obowiązek gościnności. W Starym Testamencie mamy wiele scen będących dowodem na to, iż zwyczaj ten był powszechnie praktykowany w Izraelu. Przypomnijmy choćby Abrahama goszczącego pod dębami Mamre trzech nieznanych przechodniów, w których ostatecznie rozpoznał samego Boga (Rdz 18,1-16) czy Szunemitkę goszczącą pod swym dachem proroka Elizeusza (2 Krl 4,8-11).
Jednak w kontakcie z obcokrajowcami w Izraelu nie tylko chodzi o praktykowanie gościnności, jak to mam miejsce u wszystkich „ludów pustyni”, lecz, co więcej, w relacji z obcokrajowcami naród Izraelski doświadcza przede wszystkim swojej tożsamości.
Najstarsze „wyznanie wiary” Izraela, które znajdujemy w Księdze Powtórzonego Prawa (Pwt 26,5-10) rozpoczyna się od zdania: ”Mój ojciec był wędrującym z miejsca na miejsce Aramejczykiem. Gdy przyszedł do Egiptu, zamieszkał tam wraz z kilkoma osobami jako cudzoziemiec” (Pwt 26,5). Kategoria „cudzoziemiec” (g‘r) pojawia się w Starym Testamencie w sumie 92 razy. Najbardziej jednak godne uwagi jest to, że mówi się o „cudzoziemcach” (g‘r) w kategoriach prawnych, co stanowi nowość w Izraelu i wyróżnia go pośród innych otaczających go ludów. W tekstach biblijnych o charakterze prawnym – tzw. „kodeks Przymierza” (Wj 20,22-23,19), „kodeks świętości” (Kpł 17-26) czy „kodeks deuteronomiczny” (Pwt 12-26) – znajdujemy wiele nakazów i zakazów broniących praw inmigrantów (g‘r) zamieszkujących w Izraelu. Jako przykład niech posłuży tekst z Księgi Kapłańskiej przytoczony jako motto tego rozważania: „Gdy w waszym kraju osiedli się cudzoziemiec, nie będziecie go uciskać. Będziecie go traktować jak każdego mieszkającego tu Izraelitę i będziecie go miłować jak siebie samego, bo i wy byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej. Ja jestem Panem, waszym Bogiem!” (Kpł 19,33-34). W tekście tym znajdujemy warto podkreślić element występujący w większości przepisów broniących praw inmigrantów – nawiązanie do historii i do doświadczenia Izraela: „bo i wy byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej”. Pamięć ogromu własnego cierpienia i uświadomienie mocy Boga dającego wolność i godność – „Ja jestem Panem, waszym Bogiem!” – składają się na ducha prawa stanowionego w Izraelu.

Kryterium przynależności do Królestwa Bożego
W Nowym Testamencie, w Ewangelii według świętego Mateusza, w Jezusowej zapowiedzi sądu ostatecznego, przytaczanej przez ewangelistę, słyszymy słowa Syna Człowieczego skierowane do sprawiedliwych: „Byłem tułaczem i przyjęliście mnie” (Mt 25,35) – natomiast ci, którzy skazani są na potępienie, słyszą słowa: „Byłem tułaczem i nie przyjęliście mnie” (Mt 25,43). Pojawiające się w tym tekście greckie określenie „ksenos”, tłumaczone w polskich przekładach Biblii jako „przybysz” czy „tułacz”, znaczy dosłownie „obcy”, „cudzoziemiec” (od tego słowa pochodzi termin „ksenofobia”, czyli niechęć, wrogość, lęk wobec obcych, przede wszystkim cudzoziemców). Stąd tez słowa Jezusa należałoby rozumieć jako: „Byłem cudzoziemcem i przyjęliście / nie przyjęliście mnie” – a to brzmi już bardziej konkretnie i zobowiązująco. Można powiedzieć, że sposób traktowania przez nas cudzoziemców decyduje o naszej przynależności lub nie przynależności do Królestwa Bożego.

„Jedność w Chrystusie”
W 1 liście świętego Piotra czytamy: ”Umiłowani, zachęcam was, abyście jako obcy i przybysze powstrzymywali się od cielesnych żądz, które walczą przeciwko duszy. Postępujcie wśród pogan nienagannie” (1 P 2,11-12). Używając określeń „obcy” (gr. paroikos) – określającego obcokrajowca zamieszkującego na stałe w innym kraju – i „przybysz” (gr. parepidemos) – określającego obcokrajowca przebywającego czasowo w innym kraju – autor tego listu uświadamia nam, że wszyscy jesteśmy przechodniami, emigrantami, na tej ziemi.
Z drugiej zaś strony, święty Paweł przypomina nam: „Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Ga 3,28). Kościół to wspólnota zbawionych – emigrantów wyzwolonych i zjednoczonych w Chrystusie.

01 grudnia 2010

Oto wszystko czynię nowe

„Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18-19).


Jednym z najczęściej pojawiających się tematów podczas ostatniego spotkania werbistowskich prowincjałów i koordynatorów strefy europejskiej, które miało miejsce w październiku na Węgrzech, był gwałtowny spadek liczby kandydatów do naszego Zgromadzenia. W niektórych prowincjach Europy zachodniej od lat nie mamy żadnego nowego powołania, a w ostatnich latach podobna tendencja zaczyna się nasilać w Europie wschodniej, w tym także w Polsce. Coraz mniejsza liczba powołań i postępujące starzenie się naszych wspólnot sprawia, że coraz częściej z nostalgią patrzymy w przeszłość, nie tak bardzo jeszcze odległą, kiedy nasze seminaria wręcz „pękały w szwach”, i zastanawiamy się co zrobić, by tamte czasy wróciły. Poszukujemy metod, opracowujemy strategie, zastanawiamy się jakich środków użyć, lecz coraz częściej ogarnia nas pesymizm. Czu rzeczywiście uda się nam odwrócić tendencję? Czy „stare czasy” wrócą?

Życie wśród ruin
„Ach! Jakże zostało samotne miasto tak ludne, jak gdyby wdową się stała przodująca wśród ludów, władczyni nad okręgami cierpi wyzysk jak niewolnica” – użalali się Izraelici wygnani do Babilonii przez króla Nabuchodonozora (Lam 1,1). Rozpaczali nad swoim losem, nad losem swego kraju, i z nostalgią wspominali świetlane czasy Jerozolimy. Jednak uczeń proroka Izajasza, który głosił i rozwijał orędzie swego mistrza, w tragedii i ruinie wygnania dostrzegał... nadzieję nowego początku! W proroczym uniesieniu kierował do Izraela Boże przesłanie, orędzie nadziei, słowa, które posłużyły nam za motto tego rozważania: „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18-19). Prorok odczytywał przeżywany kryzys jako zarys nowego początku, kontemplował Boga budującego pośród ruin nową rzeczywistość.
Czytając biblijne księgi Ezdrasza i Nehemiasza obserwować możemy jak ta nowa rzeczywistość nabierała kształtów. Po powrocie z niewoli Izraelici nie odbudowali upadłej monarchii lecz stworzyli nowy system społeczno-religijny – system oparty na księdze Prawa, na Przymierzu z Bogiem; Przymierzu nowym, uniwersalnym.

Światło pośród ciemności
„Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” – tekst ten, zaczerpnięty z księgi proroka Izajasza (Iz 9,1) słyszymy rokrocznie w pierwszym czytaniu podczas Pasterki. Bożonarodzeniowa liturgia Słowa przypomina nam, że Bóg wkraczając w naszą rzeczywistość, przemienia ją, kształtuje, odnawia i udoskonala. Nasz świat, nasze życie, nasza historia są poddane Bożemu działaniu – są przestrzenią, w której Bóg się objawia. Bóg objawia się w naszej rzeczywistości i w tej rzeczywistości należy go szukać i rozpoznawać.
Zapowiadając zwołanie Soboru Watykańskiego II Papież Jan XXIII w konstytucji apostolskiej „Humanae salutis” napisał między innymi: „Wiemy, że widok (...) objawów zła do tego stopnia niektórych przestrasza, że widzą tylko ciemności, w które ich zdaniem ten świat został całkowicie spowity. My natomiast naszą niewzruszoną ufność najchętniej pokładamy w Boskim Zachowawcy ludzi, który nie opuścił przez siebie odkupionych. Owszem idąc za napomnieniem Chrystusa Pana zachęcającego nas, byśmy rozeznawali "znaki czasu" (Mt. 16, 4), wśród tak gęstych ciemności, dostrzegamy objawy i to dość liczne, które zdają się zapowiadać lepsze czasy Kościołowi i ludzkości”.
Rozeznawanie „znaków czasu”, odczytywanie rzeczywistości w świetle Objawienia Bożego, jest najlepszą formą poznawania Boga – pozwala nam oglądać Boga „na żywo”, kontemplować Go w Jego działaniu.
Oglądając w ten sposób naszą rzeczywistość, nie tylko nie popadamy w pesymizm i bezradność przytłoczeni jej ciężarem, lecz dostrzec w niej możemy wiele „znaków czasu”, znaków Bożej obecności.

Patrzeć, by widzieć
Takim Bożym znakiem, czymś nowym i zagadkowym, może być fakt, że wskutek spadku powołań w Europie od kilkunastu już lat coraz liczniej przybywają do nas młodzi werbiści z Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Przywożą tu swój entuzjazm, swoją wiarę, swoją kulturę i w ten sposób nas odnawiają i ubogacają.
Podobnym wyzwaniem, czy objawieniem, mogą być rzesze emigrantów, z różnych krajów, kultur i religii, napływające coraz liczniej do Europy. Są one inwazją i zagrożeniem czy świeżością i ubogaceniem? – Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, jak na to spojrzymy: czy czysto po ludzku, socjologicznie i politycznie, czy po Bożemu, z wiarą i ewangelicznie.
Niech kontemplacja Boga w stajennym żłobie, uwrażliwi nas i odnowi, byśmy potrafili Go rozpoznać obecnego w naszej codzienności, dzięki znakom, przez które do nas dzisiaj przemawia.

01 listopada 2010

Komunia

„ [To wam oznajmiamy], co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione - oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami. A mieć z nami współuczestnictwo znaczy: mieć je z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem”. (1 J 1,1-3).


Rokrocznie , pierwszą niedzielą Adwentu – a ta przypada przeważnie, jak to jest i w tym roku, na ostatnia niedziele listopada – rozpoczynamy w naszym Kościele nowy rok liturgiczny . Każdego roku też nasi biskupi proponują nam temat, wokół którego rozwija się w danym roku życie duchowe i działalność duszpasterska Kościoła w Polsce. Ten kończący się już rok liturgiczny przeżywaliśmy pod hasłem „Bądźmy świadkami miłości” .
Kilka miesięcy temu, w specjalnym komunikacie, nasi biskupi podali do publicznej wiadomości, że wraz z pierwszą niedzielą Adwentu wprowadzony będzie w życie nowy, trzyletni program duszpasterski, który przebiegać będzie pod hasłem „Kościół domem i szkołą komunii”. Pierwszy zaś rok tego cyklu, czyli ten, który rozpoczniemy 27 listopada nieszporami pierwszej niedzieli Adwentu, przebiegać będzie pod hasłem „W komunii z Bogiem” .

Koinonia
Tak w haśle całego trzyletniego programu, jak i w tym, które towarzyszyć nam będzie w tym roku, pojawia się słowo „komunia”. Choć zapewne w większości osób słowo to przywołuje obraz ceremonii pierwszokomunijnych, a praktykującym katolikom kojarzy się zasadniczo z przyjmowaniem Ciała i Krwi Pańskiej podczas Mszy świętej, to jednak ma ono znaczenie o wiele głębsze. W klasycznej grece rzeczownik koinonos określa „towarzysza” lub „ wspólnika”. Stąd też biblijne słowo koinonia , które zasadniczo, pod wpływem łacińskiego communio , tłumaczymy jako „komunia”, określa zasadniczo „wspólnotę”, „jedność”, „więź” czy „ współuczestnictwo”. I tak też różnorodnie tłumaczone znajdujemy je we współczesnych przekładach Nowego Testamentu.
W pierwszym liście świętego Pawła do Koryntian czytamy: „ Wierny jest Bóg, który powołał nas do wspólnoty (oryg. koinonia ) z Synem swoim Jezusem Chrystusem, Panem naszym ” (1 Kor 1,9), i nieco dalej, „ Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czy nie jest udziałem (oryg. koinonia ) we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem (oryg. koinonia ) w Ciele Chrystusa? ” (1 Kor 10,16).
Autor Dziejów Apostolskich w następujący sposób opisuje życie pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej: „ Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie (oryg. koinonia ) , w łamaniu chleba i w modlitwie ” (Dz 2,42).
W końcu, w ostatnim zdaniu cytatu z pierwszego listu św. Jana, przytoczonego we wstępie do tego artykułu, dwukrotnie pojawia się słowo koinonia : „ oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo (oryg. koinonia ) z nami. A mieć z nami współuczestnictwo (oryg. koinonia ) znaczy: mieć je z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem ” (1 J 1,3).
Możemy więc mówić o trzech zasadniczych aspektach komunii ( koinonia ) na podstawie objawienia biblijnego:
  • więź, jedność z Bogiem,
  • więź jedność, solidarność wzajemne oddanie się sobie we wspólnocie chrześcijańskiej,
  • budowanie jedności, poprzez głoszenie Dobrej Nowiny i świadectwo życia wspólnotowego opartego na komunii.
Te trzy wymiary komunii stanowią treść proponowanego nam przez naszych biskupów programu duszpasterskiego wyrażona w hasłach na każdy rok tego programu: „W komunii z Bogiem” , „Kościół naszym domem” i „Być solą ziemi” .

„ W komunii z Bogiem”
Życie każdego z nas zanurzone jest w Bogu – jak pięknie wyraził to święty Paweł: „ w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy ” (Dz 17,28) – choć nie zawsze i nie wszyscy jesteśmy tego świadomi. Stąd też potrzeba uświadamiania, odnawiania i pogłębiania naszej komunii z Bogiem. Pośród celów, jakie wytyczają biskupi na ten rok duszpasterski, znajdujemy między innymi:
  • odkrywanie Boga objawiającego się w Słowie Bożym.
  • inicjacja do dojrzałego przyjęcia Słowa Bożego
  • odnawianie i pogłębianie osobistej relacji z Bogiem.
  • kształtowanie wspólnotowego wymiaru życia duchowego.
Warto zauważyć, że szczególny nacisk kładziony jest na pogłębienie komunii z Bogiem, tak w wymiarze osobistym, jak i wspólnotowym, poprzez Jego Słowo przekazane nam w księdze Pisma Świętego. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że owocem tego nowego roku duszpasterskiego będzie nie tylko zwiększona liczba publikacji poświęconych komunii i pogłębianiu relacji z Bogiem poprzez Jego Słowo, ale rzeczywista odnowa biblijna naszych wspólnot – parafialnych, rodzinnych i zakonnych – czyli pogłębienie naszej komunii z Bogiem poprzez pogłębione życie Jego Słowem.

01 października 2010

Głód Słowa

„Oto nadejdą dni - wyrocznia Pana Boga - gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słowa Pańskiego” (Am 8,11).


W dniu 11 lipca tego roku rozgrywany był w Johannesburgu, w Republice Południowej Afryki, mecz finałowy Mistrzostw Świata w piłce nożnej pomiędzy Hiszpanią i Holandią. W pewnym momencie tego dramatycznego i momentami bardzo brutalnego spotkania naszła mnie myśl, że oto cały świat jednoczył się w obserwowaniu zmagań tych dwóch drużyn walczących zażarcie o zdobycie pucharu Mistrzostw. Według opublikowanych później statystyk, ponad 700 milionów widzów śledziło na ekranach telewizorów na całym świecie to spotkanie, które –ku mojej ogromnej radości– zakończyło się ostatecznie zwycięstwem reprezentacji Hiszpanii. W samej tylko Polsce oglądalność tego meczu sięgnęła prawie 10 milionów. „Jak ogromne emocje budzi futbol, że jest w stanie zgromadzić w jednym momencie tyle milionów ludzi przed ekranem telewizora!” – myślałem z zazdrością. Na organizowane przeze mnie rekolekcje biblijne, na dzielenie się i ubogacanie Słowem Bożym, zgłasza się zaledwie kilka czy kilkanaście osób...

Społeczeństwo post-religijne
Tak określają socjologowie społeczeństwo, w którym żyjemy. W miarę jak wzrasta zamożność i poziom życia, rośnie konsumpcja, mnożą się formy rozrywki i... słabnie aż do całkowitego wygaśnięcia poczucie potrzeby relacji z Bogiem. Bóg po prostu staje się niepotrzebny; nie ma dla Niego miejsca. To wielkie widowiska sportowe, koncerty muzyczne, parady i happeningi, a nie wydarzenia religijne budzą dziś emocje i gromadzą setki tysięcy ludzi. No może wyjątek stanowią jeszcze pielgrzymki Papieża, choć może bardziej wiąże się to z ich wyjątkowością niż z realną potrzebą przeżycia religijnego. Ten proces laicyzacji przedstawia się procentowo jednakowo w wymiarze globalnym, narodowym, lokalnym czy indywidualnym. Nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej społeczeństwem post-religijnym, zatraca w sobie tę potrzebę relacji z Bogiem.

Boża pedagogia
Podobną sytuację do tej, która jest naszym udziałem, znajdujemy w biblijnych opisach działalności proroka Amosa. Ten rolnik wywodzący się w południa, z królestwa Judy, żyjący zaś na północy, w królestwie Izraela, na przełomie VIII i VII wieku przed Chrystusem, poczuł się w pewnym momencie powołany do głoszenia Słowa Bożego (Am 7,14-15). W tamtej epoce Królestwo Izraela przeżywało okres rozkwitu i dobrobytu. Amos, wrażliwy mąż Boży, nie potrafił milczeć, widząc, że ten dobrobyt w znacznej mierze wiązał się z wyzyskiem i niesprawiedliwością społeczną. Głośno piętnował nadużycia: „sprzedają za srebro sprawiedliwego, a ubogiego za parę sandałów; w prochu ziemi depcą głowy biednych i ubogich kierują na bezdroża; ojciec i syn chodzą do tej samej dziewczyny , aby znieważać święte imię moje. Na płaszczach zastawnych wylegują się przy każdym ołtarzu i wino wymuszone grzywną piją w domu swego Boga” (Am 2,6-8). Bez ogródek krytykował hulaszcze życie zamożnych kobiet: „Słuchajcie słowa tego, krowy Baszanu , które mieszkacie na górach Samarii: uciskacie biednych, gnębicie ubogich, mówicie do mężów swoich: Przynieś, a będziemy pili!” (Am 4,1). Najostrzej natomiast krytykował wystawne i bogate ceremonie religijne, które określał jako fałszywą religijność nie znajdującą odbicia w stylu życia (Am 4,4-5; 5,21-27).
Jako że jednak jego słowo Boga wypowiadane ustami Amosa było ignorowane, a sam prorok był prześladowany za to, co mówił (Am 7,10-17), w jego nauczaniu pojawiła się zapowiedź upadku Izraela. Upadku, który miał być rezultatem gniewu Boga pozostawiającego Izraela samemu sobie. Amos zapowiadał upadek królestwa, zesłanie i wyniszczenie. Najdotkliwszą jednak karą zapowiadaną przez Amosa było... milczenie Boga: „Oto nadejdą dni - wyrocznia Pana Boga - gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie, lecz go nie znajdą” (Am 8,11-12). Upadek Królestwa Izraela, późniejszy upadek Judy, zesłanie babilońskie potwierdziły prawdziwość słów Amosa i innych proroków. Utrata nadziei i prawdziwy głód słowa Pana, który zrodził się na wygnaniu, zainicjowały późniejszy proces odnowy Izraela; odnowy opartej na Słowie Pana, na Księdze Prawa Bożego (por. Ne 8,1-12).

Budzić głód
Zapewniają terapeuci, iż człowiek musi „dotknąć dna”, by się obudzić i rozpocząć proces odnowy. Ale czy nie łatwiej byłoby uczyć się na błędach i na doświadczeniach innych? Czy nasze społeczeństwo musi ulec samozniszczeniu, by się obudzić? Może warto, jak prorok Amos, głosić Słowo Pana, budzić w naszym otoczeniu „głód Słowa”. Świątobliwy biskup brazylijski, Dom Helder Camara, mówiąc o ewangelizacji, powiedział: „Nie wystarczy dać człowiekowi chleb, trzeba w nim jeszcze obudzić głód tego chleba”. Październik jest miesiącem misyjnym, niech będzie to miesiąc budzenia w nas i w naszym otoczeniu głodu chleba prawdziwego, głodu Słowa Bożego.

01 września 2010

Być sobą

„Oto Bóg jest zbawieniem moim! Będę miał ufność i nie ulęknę się, bo mocą moją i pieśnią moją jest Pan. On stał się dla mnie zbawieniem! ” (Iz 12,2).


W roku 1981 zespół Perfect wydał swoją pierwsza płytę, zwaną popularnie „białą płytą”. W grudniu tego samego roku wprowadzony został w Polsce stan wojenny. Zaostrzony reżim policyjny, prześladowanie i tłumienie wszelkich oznak oporu czy sprzeciwu wobec panującej w kraju sytuacji sprawiły, że jedna z piosenek z „białej płyty” Perfectu – „Chcemy być sobą” – stała się swego rodzaju hymnem młodych Polaków. Wyrażali oni swój bunt noszeniem malutkich oporników wpiętych w koszulę i wykrzykiwaniem za Perfectem: „Chcemy być sobą! Chcemy być sobą wreszcie!”. Być sobą, realizować swoje ideały, pragnienia i aspiracje – było życiowym pragnieniem ówczesnej młodzieży.
Bez zbytniej przesady można chyba powiedzieć, że dzisiaj, prawie 30 lat później, niewiele się w tej postawie młodzieży zmieniło. Choć zmieniła się radykalnie sytuacja polityczna i ekonomiczna w naszym kraju, to niezmienne jest jednak w młodych ludziach to pragnienie bycia sobą. Znajduje ono dziś swój wyraz w różnych stylach ubierania się, ozdabiania swego ciała, w różnych gustach i trendach muzycznych czy też w najróżniejszych subkulturach, które trudno jest dziś już nawet ogarnąć.
Równolegle jednak do tego młodzieżowego „buntu oryginalności”, obserwujemy postępujący i umacniający się proces „uniformizacji” społecznej – hegemonia wielkich międzynarodowych korporacji w świecie ekonomii, ujednolicanie standardów w elektronice i informatyce pod dyktando globalizacji internetowej, dominacja tak zwanej „kultury masowej” w kinie, muzyce i literaturze... W efekcie dochodzi do zatracenia się człowieka jako jednostki w ogromnej, anonimowej masie konsumentów. Człowiek zniewolony wbrew swej woli lub człowiek „poprawny politycznie” w swej niemocy – to dwa oblicza tej samej rzeczywistości.
Wydawać by się mogło, że jest to sytuacja bez wyjścia, że nie ma dla niej alternatywy. Niewątpliwie jest to dla nas wierzących wyzwanie: stawia nas bowiem wobec pytania o sens naszego życia – o naszą wiarę w Boga i o wpływ tej wiary na nasze życie.

Z procą w ręce
Niezmiernie inspirująca w tym aspekcie może być dla nas lektura 17. rozdziału Pierwszej Księgi Samuela. Opisuje on walkę Izraelitów z Filistynami zakończoną zwycięstwem Dawida nad Goliatem. Opowieść ta – którą warto przy okazji przeczytać w całości – w sposób niezwykle dramatyczny oddaje przerażenie Izraelitów wobec potęgi Filistynów uosobionej przez jednego z ich wojowników, Goliata, który „był wysoki na sześć łokci i jedną piędź. Na głowie miał hełm z brązu, ubrany zaś był w łuskowy pancerz z brązu o wadze pięciu tysięcy syklów. Miał również na nogach nagolenice z brązu oraz brązowy, zakrzywiony nóż w ręku. Drzewce włóczni jego było jak wał tkacki, a jej grot ważył sześćset syklów żelaza” (1 Sm 17,4-7). Jedynym, który nie przeraził się Goliata i postanowił stawić mu czoło, był młody pasterz, Dawid. Gdy król Saul próbował go odciągnąć od tego, samobójczego wydawałoby się, zamiaru, usłyszał w odpowiedzi: „Pan, który wyrwał mnie z łap lwów i niedźwiedzi, wybawi mnie również z ręki tego Filistyna”. Odpowiedź ta wskazuje wyraźnie, że młody Dawid w swoim życiu kierował się wiarą w Boga i w Bogu pokładał swoją ufność, która wynikała z jego wcześniejszych doświadczeń, odczytywanych przez niego jako znaki Bożej opieki nad nim. Stąd też na drwiny i pogróżki Goliata odpowiada: „Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś” (1 Sm 17,45). Odpowiedź ta wskazuje na jeszcze jeden element, który wart jest podkreślenia. Otóż zachwycony odwagą Dawida, król Saul odstąpił mu swój miecz i zbroję. Ostatecznie jednak Dawid wolał walczyć „po swojemu”: „"Nie potrafię się w tym poruszać, gdyż nie nabrałem wprawy". I zdjął to Dawid z siebie. Wziął w ręce swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni , i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi” (1 Sm 17,39-40).

Jeśli Bóg z nami... 
Historia ta ukazuje nam dwa elementy niezmiernie ważne i niezbędne do tego, by nie ulec fatalizmowi „sytuacji bez wyjścia” i nie dać się zdominować. Pierwszym i niezbędnym elementem jest wiara w Boga – świadomość, oparta na doświadczeniu, że On istnieje i czuwa nad nami. Drugim zaś elementem jest poczucie własnej wartości, które z tej wiary wynika. Nie potrzebujemy imitować innych, dowartościowywać się najróżniejszymi gadżetami – dla Boga i dzięki Niemu, jesteśmy jedyni, bezcenni i niepowtarzalni. Wspaniale wyraził to Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio”: „Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania Jego samego, aby człowiek – poznając Go i miłując – mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie”.

01 lipca 2010

Tropem szalonego siewcy

„Z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,5).


Żyjemy w społeczeństwie, które w coraz głębszym stopniu ulega procesowi urbanizacji. Objawia się to ni tylko w tym, że z roku na rok nasze miasta stają się coraz większe a wyludnieniu podlegają obszary wiejskie, ale zmienia się także nasza mentalność, sposób, w jaki postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość. Wyrazem tego może być żartobliwe stwierdzenie, które nierzadko usłyszeć można wśród mieszkańców wsi, że dzieci wyrastające w miastach są przekonane, iż krowy na wsi dają mleko zapakowane już w plastikowych kartonikach. Warto zauważyć też, na przykład, że prognozy pogody podawane w telewizji przygotowywane są głównie z myślą o ludziach mieszkających w miastach. Niejednego rolnika srodze zirytować może pani meteorolog, zapowiadająca z szerokim uśmiechem „dobrą, słoneczną pogodę”, podczas gdy na jego polach rośliny usychają z braku deszczu. Nie ulega jednak wątpliwości, że słoneczna pogoda zawsze jest dobra dla mieszkańców miast, dla których obszary wiejskie są przestrzenią użyteczną jako miejsce wytchnienia i odpoczynku w blasku słonecznych promieni. Potwierdzają to w sposób ewidentny sznury samochodów wywożących z miast ich mieszkańców, którzy udają się „na wieś” w poszukiwaniu świeżego powietrza, odrobiny zieleni czy wolnej przestrzeni. Te same karawany samochodów wciskają się potem znowu w niedzielne wieczory w miejskie ulice, zapełniając każdy, najmniejszy nawet skrawek wolnej przestrzeni. Człowiek współczesny to niewątpliwie coraz bardziej homo urbanus – człowiek miejski.

Lilie, rosa, księżyc, borsuki...
Warto sobie uświadomić, że ten proces urbanizacji i towarzysząca mu zmiana mentalności mają bardzo znaczący wpływ na naszą relację z Bogiem i naszą religijność. Powszechnie obserwowany proces sekularyzacji – czyli zanikania wymiaru religijnego naszej rzeczywistości – jest tego bezpośrednią konsekwencją. Mechanizm tego zjawiska zauważyć możemy bardzo wyraźnie w odniesieniu do Biblii. Dlaczego ludzie nie czytają Biblii? – gdyż po prostu jej rozumieją. I to nie tylko ze względu na przestrzeń czasową, ale głównie ze względu na... język. Księga Biblii powstała wśród ludów pastersko-rolniczych, w czasach gdy kulturą dominującą była kultura agrarna. Stąd też język w niej użyty jest językiem agrarnym – obrazy, jakie przewijają się przez stronice Biblii, w przytłaczającej większości są obrazami odwołującymi się do świata przyrody, do zjawisk w nim zachodzących, do życia roślin i zwierząt. Przyjrzyjmy się kilku przykładom:
„Ty zdroje kierujesz do strumieni, co pośród gór się sączą: poją one wszelkie zwierzęta polne, tam dzikie osły gaszą swe pragnienie; nad nimi mieszka ptactwo powietrzne, spomiędzy gałęzi głos swój wydaje. Z Twoich komnat nawadniasz góry, aby owocem Twych dzieł nasycić ziemię. Każesz rosnąć trawie dla bydła i roślinom, by człowiekowi służyły, aby z roli dobywał chleb i wino, co rozwesela serce ludzkie, by rozpogadzać twarze oliwą, by serce ludzkie chleb krzepił. Drzewa Pana mają wody do syta, cedry Libanu, które zasadził. Tam ptactwo zakłada gniazda, na cyprysach są domy bocianów. Wysokie góry dla kozic, a skały są kryjówką dla borsuków” (Ps 104,10-18).
„Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich” (Mt 6,28-29). „Wieczorem mówicie: Będzie piękna pogoda, bo niebo się czerwieni, rano zaś: Dziś burza, bo niebo się czerwieni i jest zasępione” (Mt 16,2-3).
Kto z nas widział kryjówkę borsuka? Kto w gęstwinie drzew tropi ptasie gniazda? Kto potrafi obserwować znaki na niebie i ich wpływ na pogodę? Kto widział dziko rosnącą piękną lilię polną? – W jakim stopniu te wszystkie obrazy są dla nas zrozumiałe, jak dalece są dla nas „czytelne”?

Szalony siewca
Pozwolę sobie przytoczyć pewną wymowną anegdotę z czasów mojej pracy duszpasterskiej w Ekwadorze. Na spotkaniu jednej ze wspólnot podstawowych w parafii Quinsaloma, czytaliśmy przypowieść o siewcy (Mk 4,3-9). Ze względu na fakt, że wielu członków wspólnoty nie potrafiło czytać, było zwyczajem czytanie tekstu cztery, pięć, a nawet sześć razy. Podczas tego spotkania zauważyłem, że jeden z mężczyzn, w miarę kolejnych czytań tekstu coraz bardziej się emocjonował. W końcu nie wytrzymał i powiedział: „Padre, ese sembrador estaba o loco o borracho!” – „Ojcze, ten siewca był albo szalony, albo pijany!” I zaraz dodał: „Ja, jak sieję ziarno, to rzucam je na ziemię, którą uprawiłem, a nie na drogę, po krzakach czy po kamieniach!...”
Dla tego prostego ekwadorskiego wieśniaka tekst ten był bardzo czytelny zrozumiały. Sam pracując na roli, w lot pochwycił przesadę zawartą przez Jezusa w tej przypowieści – odkrył Boga jako „szalonego siewcę”, który szczodrze sieje swoje Słowo nie zważając na podłoże. Podobnie łatwo może zrozumieć tę przypowieść ktoś, kto hoduje kwiaty, pracuje na roli, czy spędza czas na działce, uprawiając kwiaty, warzywa i owoce. Kontakt z przyrodą pozwala zrozumieć język nawiązujący do życia przyrody.

Wakacje z Biblią
W okresie letnim większość z nas udaje się na zasłużone urlopy i wakacje. Przemierzamy góry, zaszywamy się w wiejskiej ciszy, udajemy się nad morze czy nad jeziora, co zamożniejsi doświadczają życia w tropikach. Dla innych jest to okres wytężonej pracy na polach przy zbiorze tego, co wiosną zasiali i zasadzili. Jest to więc dla ogromnej większości z nas czas intensywnego kontaktu z przyrodą – swego rodzaju „powrót do natury”. Warto więc może dopełnić tego przeżycia sięgnięciem do tekstu Biblii, która pomoże nam spojrzeć głębiej – podziwiając piękno przyrody dostrzec Tego, który ją i nas stworzył i podtrzymuje, gdyż... „od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (Rz 1,20). W ten sposób także język Biblii stanie się dla nas bardziej czytelny i zrozumiały i być może będziemy chcieli sięgnąć do niej, gdy wrócimy do naszej plastikowo-asfatowo-betonowej codzienności.