01 czerwca 2010

Zrozumieć niezrozumiałe...

„Czy myślicie, że tych osiemnastu, na których runęła wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż pozostali mieszkańcy Jeruzalem? Nie, mówię wam, lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” (Łk 13,4-5).


Mój brak rzetelności w dostarczaniu tekstów do Redakcji obrócił się tym razem przeciwko mnie. Do 10 kwietnia powinienem był dostarczyć tekst, który ma być opublikowany w czerwcowym numerze „Misjonarza”. Jak to mi się jednak często ostatnimi czasy zdarza, spóźniłem się, a tego 10 kwietnia nasze życie uległo radykalnej zmianie w wyniku tragicznego wypadku pod Smoleńskiem, w którym zginęło 96 osób, w większości bardzo znanych, na czele z Prezydentem Polski i jego małżonką. Trudno teraz zebrać myśli , by powiedzieć cokolwiek i niemożliwe jest napisanie czegokolwiek, nie odnosząc się do tego co się wydarzyło. I trudniej jest tym bardziej napisać cokolwiek w tym czasie, kiedy tyle słów pada, gdy tak żywe są emocje, gdy bardziej lub mniej wyraźnie rozlega się pytanie: Dlaczego?

Dlaczego?!
Szukając biblijnej iluminacji tych tragicznych wydarzeń sięgnijmy do fragmentu Ewangelii Łukasza (Łk 13,1-5), w której znajdujemy słowa Jezusa odnoszące się do tragicznych wydarzeń, które wstrząsnęły w tamtym czasie mieszkańcami Jerozolimy: rzezi dokonanej przez Piłata na Galilejczykach, podczas gdy ci składali swoje ofiary i śmierci 18 mieszkańców Siloam, przygniecionych gruzami wieży, która się na nich zawaliła.
Oba te wydarzenia służą Jezusowi do wygłoszenia przestrogi, wypowiadanej niejako w formie refrenu po odniesieniu do każdego z tych wydarzeń: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie” (Łk 13,3.5). Równie ważne jednak, jak ta przestroga, są słowa, które wychodzą z ust Jezusa w obu wypadkach przed wypowiedzeniem samej przestrogi: „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam” (Łk 13,2-3) oraz “myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam” (Łk 13,4-5). W obu przypadkach Jezus odnosi się do powszechnie panującego przekonania – dość szeroko rozpowszechnionego także i w naszych czasach – iż takie nieszczęśliwe wypadki dotykały ludzi grzesznych i były swego rodzaju karą wymierzoną im przez Boga. Taki obraz Boga i takie pojmowanie Jego relacji ze światem, który rozpowszechnił się w Izraelu od czasów niewoli babilońskiej, nosi miano „teologii retrybucji”. W takim rozumieniu Boga, błogosławi On ludziom dobrym i zapewnia im dobrobyt, natomiast zsyła wszelkiego rodzaju nieszczęścia i kary na grzeszników.
Jednak taki obraz Boga był owocem nadmiernego uproszczenia refleksji teologicznej Izraela, która odchodziła od nauczania o zbiorowej odpowiedzialności przed Bogiem podkreślając bardziej osobistą odpowiedzialność każdego człowieka. Jednym z wyrazicieli takiego pojmowania relacji z Bogiem był prorok Ezechiel, w którego księdze czytamy: „Wy zaś mówicie: "Dlaczego syn nie odpowiada za winy swego ojca?" Ależ syn postępował według prawa i sprawiedliwości, zachowywał wszystkie moje ustawy i postępował według nich, a więc powinien żyć. Umrze tylko ta osoba, która grzeszy. Syn nie ponosi odpowiedzialności za winę swego ojca ani ojciec - za winę swego syna. Sprawiedliwość sprawiedliwego jemu zostanie przypisana, występek zaś występnego na niego spadnie” (Ez 18,19-20). Bardzo szybko jednak nauczanie to uproszczono do zasady, że „Bóg za dobre wynagradza a za złe karze”1 i jeżeli kogoś spotyka jakieś nieszczęście, to jest to oznaką, że popełnił on jakiś grzech i został przez Boga ukarany.
W takim jednak rozumieniu postępowania Boga wobec człowieka problemem staje się wytłumaczenie cierpienia ludzi sprawiedliwych i niewinnych - Dlaczego cierpi sprawiedliwy?

Dlaczego cierpi sprawiedliwy?
To właśnie zagadnienie jest głównym tematem księgi Hioba. Sprawiedliwy Hiob buntuje się przeciwko Bogu, którego postrzega jako sprawcę swego cierpienia. Przyjaciele Hioba, którzy przychodzą go pocieszać, utwierdzają go w tym przekonaniu i starają się uświadomić mu jego winę wobec Boga. W ich słowach słyszymy klasyczną argumentację w duchu teologii retrybucji: „Przypomnij, czy zginął kto prawy? Gdzie sprawiedliwych zgładzono? O ile wiadomo, złoczyńca, który sieje nieprawość, zbiera z niej plon. Od gniewu Boga on ginie, upada od gniewu Jego oburzenia” (Hi 4,7-9) oraz „Czy Wszechmocny ma zysk z twojej prawości lub korzyść - że droga twoja dobra? Czyż za pobożność twą karci się ciebie i wytacza ci sprawę przed sądem? Czy nie za zło twoje znaczne? Czy nie za nieprawość bez granic?” (Hi 22,4-5), by ostatecznie stwierdzić: „Bóg jest daleki od grzechu, Wszechmocny - od nieprawości. Według czynów każdemu zapłaci, odda, każdemu według postępowania” (Hi 34,10). Jednak gdy ostatecznie Bóg objawia się Hiobowi, uświadamia mu, że jego cierpienie nie pochodzi od Boga i, co więcej, karci przyjaciół Hioba za to, że nie mówili prawdy o Nim: „Skoro Pan te słowa powiedział do Hioba, przemówił i do Elifaza z Temanu: «Zapłonąłem gniewem na ciebie i na dwóch przyjaciół twoich, bo nie mówiliście o Mnie prawdy, jak sługa mój, Hiob” (Hi 42,7).
W ten sam sposób wyraził się też Jezus w rozważanym przez nas tekście Łukasza – ci, którzy zginęli z rąk Piłata i pod gruzami zawalonej wieży, nie byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei czy Jerozolimy. Nieszczęście, które ich spotkało, nie było żadną karą za ich grzechy czy przewinienia.

Docenić życie
Jezus koryguje nieprawdziwy obraz Boga istniejący w religijności ludowej, ale jednocześnie wykorzystuje lęk przed śmiercią swoich słuchaczy i ich niepewność swego losu po śmierci, by zachęcić ich do odnowienia relacji z Bogiem. „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie” (Łk 13,3.5) znaczy tyle, co „jeśli się nie nawrócicie, jeśli nie odnowicie przymierza z Bogiem, jeśli nie będziecie żyli według jego wartości i przykazań także umrzecie w niepewności, zdani jedynie na Boże miłosierdzie”. Nawrócenie do Boga, życie według wartości Królestwa Bożego daje wewnętrzny pokój i wyzwala od trwogi i lęku przed śmiercią.
Tragiczna śmierć pod Smoleńskiem tylu ludzi sławnych, znanych i wpływowych uświadamia nam raz jeszcze, w sposób okrutny i tragiczny, jak ulotne i kruche jest nasze życie. Raz jeszcze stawia nas to w obliczu pytania: Ty, który żyjesz - jak żyjesz?!

1Bardzo ciekawy i ubogacający artykuł poświęcony tej popularnej regule, która znajduje się także w nauczaniu katechizmowym, opublikował o. Dariusz Kowalczyk, SJ w numerze 36/2003 czasopisma „Zycie Duchowe” (http://wydawnictwowam.pl/zd/?0336,artykul,ojcostwo_objawione ).

01 maja 2010

Nie tak będzie wśród was...

„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, panują nad nimi, a przywódcy dają im odczuć swoją władzę. Nie tak będzie wśród was, lecz kto chciałby stać się między wami wielki, będzie waszym sługą, a kto chciałby być między wami pierwszy, będzie niewolnikiem wszystkich” (Mk 10,42-44).

Z dniem pierwszego maja tego roku we wszystkich prowincjach europejskich naszego Zgromadzenia obejmują urząd na trzyletnią kadencję nowe zarządy wyłonione w ramach wyborów, które odbywały się na rożnych etapach od jesieni zeszłego roku. Jednocześnie też w naszym kraju coraz bardziej nasila się kampania przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi i wyborem nowego Prezydenta, które odbędą się na jesieni. Warto może w tym miejscu, gdzie staramy się szukać w objawieniu biblijnym inspiracji dla naszego życia codziennego, przyjrzeć się nauczaniu biblijnemu odnośnie „sprawowania władzy”.

Kto chciałby być między wami pierwszy...
Spośród wielu możliwych odniesień biblijnych do tematu „władzy” – wskazówek co do sposobu jej sprawowania czy przestróg przed jej nadużywaniem – zatrzymajmy się nad jedną tylko sceną życia Jezusa i Jego uczniów, zawierającą przesłanie odnośnie tego, co moglibyśmy określić jako „filozofię władzy” czy „chrześcijański model struktury społecznej”. Jest to scena, opisana przez ewangelistów Marka (Mk 10,35-45) i Mateusza (Mt 20,20-28), w której Jakub i Jan proszą Jezusa o „urzędy” w Królestwie Bożym.
W wersji tego wydarzenia przedstawionej przez Mateusza, to matka Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, zabiega u Jezusa o pierwsze miejsca dla swoich synów. W ewangelii markowej natomiast, to oni sami zbliżają się do Jezusa z prośbą: „Spraw, abyśmy zasiedli w Twojej chwale, jeden po prawej, a drugi po lewej stronie” (Mk 10,37). Interpretując tę prośbę pozytywnie, można odczytać ją jako chęć uczestniczenia w chwale niebieskiej Jezusa. Kiedy Chrystus będzie już w swej chwale, po swojej śmierci, mógłby zapewnić im uczestnictwo w triumfie Syna Człowieczego (por. Mk 8,38). Możliwa jest jednak także inna lektura tej prośby – jako chęci udziału w ziemskiej chwale Jezusa-Mesjasza. Pragną oni dóbr tej ziemi, chcą być ministrami w Królestwie niebieskim, które Jezus jako Mesjasz ma zainicjować. Być może marzą także o wspaniałych zwycięstwach nad Rzymianami u boku Mesjasza, potomka Dawida i widzą siebie siedzących po prawej i lewej stronie Jego tronu Mesjasza-Zwycięzcy.
Na prośbę synów Zebedeusza Jezus odpowiada pytaniem uświadamiającym im, na czym polegają „zaszczyty” Jezusa: „Czy możecie wypić kielich, który Ja piję, albo przyjąć chrzest, którym Ja jestem ochrzczony?” (Mk 10,38). Wielokrotnie mówił On swoim uczniom o tym, że powinni kroczyć za Nim, dźwigając swój krzyż. Teraz zaś, za pomocą tych dwóch obrazów – kielicha i chrztu – pyta Jana i Jakuba o ich gotowość do uczestniczenia razem z Nim w Jego cierpieniu i śmierci na krzyżu. Pragnąc triumfu, muszą być przygotowani najpierw na śmierć. Współuczestnictwo z Chrystusem w Jego chwale zakłada współuczestnictwo w Jego poniżeniu.
Dopełnieniem tej sceny jest reakcja pozostałych 10 uczniów Jezusa, o których mówi ewangelista Marek, iż „zaczęli się oburzać na Jakuba i Jana” (Mk 10,41). Nie do końca wiemy, czy oburzyli się z powodu niezrozumienia i tupetu ze strony Jakuba i Jana, czy też powodem ich oburzenia był fakt, że ci dwaj synowie Zebedeusza „wysunęli się przed szereg” – ubiegli ich w zabieganiu o godności, których oni także dla siebie pożądali. Reakcja Jezusa wskazuje raczej na tę drugą przyczynę: „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, panują nad nimi, a przywódcy dają im odczuć swoją władzę. Nie tak będzie wśród was” (Mk 10,42-43).
We wspólnocie chrześcijańskiej obowiązuje inne prawo aniżeli w świecie, gdzie to możni wyżywają się i prześcigają w używaniu władzy. We wspólnocie chrześcijańskiej mogą, i powinni, istnieć przywódcy, lecz ci powinni nie tyle się wywyższać, co oddać się na służbę innym członkom wspólnoty: „kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym” (Mk 10,43). Ewangelista używa tutaj greckiego słowa diakonos, które podkreśla i uwydatnia ten wymiar służebnego oddania się innym. Uzupełnieniem tego zalecenie, jeszcze bardziej je uwydatniającym – ze względu na użycie terminu dulos (= niewolnik) jest druga zachęta Jezusa: „a kto chciałby być między wami pierwszy, będzie niewolnikiem wszystkich” (Mk 10,44). W ten sposób Jezus uświadamia swym uczniom – i nam razem z nimi – konieczność nie tylko służenia innym, lecz, przede wszystkim, przyjęcia roli sługi, podobnie jak On sam to uczynił: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Nigdy za wiele więc podkreślania, że funkcje przywódcze we wspólnocie chrześcijańskiej są (i powinny być) sprawowane jako funkcje służebne. Diakon, prezbiter, biskup, prowincjał, rektor, ekonom, szafarz, lektor, kościelny nie dostępują urzędu dla własnej chwały, lecz dla dobra pozostałych członków wspólnoty.

...będzie niewolnikiem wszystkich
Warto zastanowić się czy my dzisiaj, podobnie jak synowie Zebedeusza przed 20. wiekami, nie mówimy o Jezusie w kategoriach zbytniego triumfalizmu, zapominając o Jego cierpieniu i poniżeniu. Nierzadko spotkać się możemy dzisiaj z zarzutem propagowania „kościoła triumfującego”: wynoszącego się nad innych, szukającego wpływów, zapominającego o swojej funkcji służebnej... Podkreślając chwałę zmartwychwstania Jezusa, Jego uwielbienie w królestwie Ojca, zbyt często zapomina się o krzyżu, który do tej chwały prowadzi. Chrześcijaństwo zaś bez krzyża staje się naiwnym triumfalizmem, podobnie jak krzyż bez zmartwychwstania pozostaje okrutnym fatalizmem.
Święty Paweł naucza nas, że przez chrzest zostaliśmy zanurzeni w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa – umarliśmy dla grzechu i żyjemy jako nowe stworzenie w Chrystusie (por. Rz 6). Wspólnota ochrzczonych jest nową wspólnotą w Chrystusie i relacje wewnętrzne we wspólnocie opierają się na naśladowaniu Chrystusa w Jego uniżeniu i oddaniu się nam, swoim braciom i siostrom. Wspólnota chrześcijańska, wspólnota Kościoła, w odróżnieniu od innych grup ludzkich, oparta jest nie na dominacji lecz na służbie. Jeżeli można w niej mówić o jakimś prześciganiu się, to jedynie w prześciganiu się w czynieniu dobra innym (Ga 6,9; 2 Tm 3,13; 1 P 3,13). Wszelkie nadużywanie władzy, wywyższanie się nad innych, szukanie własnych korzyści, a nie budowanie więzi wspólnotowych, jest powtarzaniem tego samego błędu, w który popadli synowie Zebedeusza.

01 kwietnia 2010

Znaki czasu


„Po swoim zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem pierwszego dnia tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której przedtem wyrzucił siedem demonów. Następnie ona poszła I oznajmiła to tym, którzy z Nim byli, pogrążonym w smutku I płaczu. Oni jednak słysząc, że żyje I że Go widziała, nie chcieli jej uwierzyć” (Mk 16,9-11).

Od czasów Soboru Watykańskiego II rozwija się w Kościele przekonanie o konieczności odczytywania „znaków czasu”. Określenie to – „znaki czasu” – nawiązujące bezpośrednio do słów skierowanych przez Jezusa do tych, którzy Go słuchali – „Gdy zapada wieczór, mówicie: Niebo się czerwieni, będzie piękna pogoda. Rano zaś: Dziś będzie brzydka pogoda, bo niebo się czerwieni i jest zachmurzone. Wygląd nieba umiecie rozpoznawać a znaków czasu nie potraficie?” (Mt 16,3) – użyte zostało przez Papieża Jan XXIII w Konstytucji apostolskiej zwołującej Sobór Watykański II i znalazło się w dokumentach soborowych jako zachęta do odczytywania historii i odkrywania w niej Bożego objawienia, znaków Bożej obecności. Papież Jan XXIII i ojcowie soborowi przypominają nam, że historia jest „miejscem teologicznym”, czyli miejscem, w którym Bóg się objawia, przemawia do nas i daje nam się poznać.

Niedostrzegana ewangelia
Wspólnoty chrześcijańskie w Ameryce Łacińskiej dokonując analizy swojej rzeczywistości, poszukując w niej „znaków czasu”, odkryły biednych i zmarginalizowanych jako miejsce teologiczne, miejsce objawienia się Boga. W dokumencie opracowanym przez biskupów Ameryki Łacińskiej, którzy spotkali się w 1979 roku w meksykańskiej miejscowości Puebla, czytamy: „Powszechna sytuacja ekstremalnej biedy, przybiera w życiu codziennym konkretne oblicza, w których powinniśmy rozpoznać rysy cierpiącego Chrystusa, naszego Pana, które nas kwestionują i są dla nas wyzwaniem” Jako konkretne oblicza cierpiącego Chrystusa wymienia się następnie oblicza indian, chłopów, robotników, ludzi wciśniętych na margines wielkich miast, bezrobotnych oraz młodzieży, dzieci i starców marginalizowanych jako „nieproduktywnych” (Puebla 20). „Biedni nas ewangelizują” – te słowa używane są powszechnie jako streszczenie dokumentu z Puebla, znajdując jednocześnie swój fundament w przesłaniu ksiąg biblijnych Starego i Nowego Testamentu.
Spośród wielu odniesień biblijnych do których moglibyśmy nawiązać, zatrzymajmy się może na mało znanej, ale jakże wymownej historii, która znajdujemy w Drugiej Księdze Królewskiej, w tak zwanym „cyklu proroka Elizeusza”. Pośród wielu historii z życia tego następcy proroka Eliasza znajdujemy tę, która przedstawia oblężenie Samarii przez niejakiego Ben-Hadada, króla Aramu (2 Krl 6,24-7,20). Jako że realia historyczne tego wydarzenia są trudne do sprecyzowania – nie wiemy za czasów którego króla Samarii miało to miejsce a imię Ben-Hadad nosiło wielu monarchów Damaszku – historie tę odczytać możemy jako swego rodzaju przypowieść zawierającą pouczające przesłanie.
Realia tego oblężenia przedstawione są w sposób bardzo dramatyczny. Po otoczeniu Samarii przez wojska nieprzyjacielskie, w mieście tym nastał głód tak wielki, że dochodziło do przypadków kanibalizmu. Dowodem na to jest historia kobiety, która szuka sprawiedliwości u króla czując się oszukana przez inną kobietę, z która zjadła z nią zwłoki jej dziecka a potem nie chciał oddać do zjedzenia swego dziecka. W tej sytuacji gdy wydaje się, ze nie ma znikąd ratunku i wszyscy skazani są na niechybną śmierć, prorok Elizeusz wygłosił orędzie nadziei, które odebrane zostało z pogarda jako tragiczny żart. Nikt bowiem poza Elizeuszem – od króla po najbiedniejszego żebraka – nie żywił żadnej nadziei na przeżycie. Niespodziewany finał nadszedł gdy czterech trędowatych, czyli ludzi zepchniętych na margines z powodu swej zakaźnej choroby, którzy nikogo nie obchodzili i z którymi nikt się nie liczył, podjęło dramatyczną decyzję: „Po cóż tutaj siedzimy, aż pomrzemy? Jeżeli powiemy: Chodźmy do miasta - a w mieście panuje głód - to tam umrzemy. Jeżeli zaś zostaniemy tutaj, również umrzemy. A teraz - nuże - zbiegnijmy do obozu aramejskiego. Jeżeli nas pozostawią przy życiu, to będziemy żyli. Jeżeli zaś nas zabiją, to umrzemy” (2 Krl 7,3-4). Schodząc do obozu najeźdźców nikogo tam nie spotkali, gdyż Aramejczycy uciekli nocą w popłochu wypłoszeni przez Boga, który stanął w obronie oblężonych. Znalazłszy żywność i bogactwa porzucone przez uciekające wrogie wojsko trędowaci mężczyźni ostatecznie podjęli zaskakującą decyzję: „Nie postępujemy właściwie. Dzień dzisiejszy jest dniem radosnej nowiny, a my milczymy. Jeżeli będziemy zwlekali aż do brzasku porannego, to spotka nas kara. Nuże, chodźmy teraz i zanieśmy wieść do pałacu królewskiego” (2 Krl 7,9). W pałacu jednak i w mieście nikt jednak w tę ich „dobrą nowinę” nie chciał uwierzyć. Dopiero posłańcy wyprawieni przez króla dla zbadania sytuacji potwierdzają prawdziwość niewiarygodnych słów trędowatych.

Biedni nas ewangelizują
Przesłanie tej historii jest proste i jasne: ci, którzy nie mają nic do stracenia – skazani na śmierć za życia trędowaci – nie poddają się fatalizmowi i znajdują ocalenie. Oni też, niespodziewanie zdobywają się na ludzki gest i niosą ratunek tym, którzy ich wyrzucili z miasta, zepchnęli na margines skazując na śmierć. Odrzuceni niosą dobra nowinę tym, którzy ich odrzucili, staja się narzędziem w Bożym ręku.
Niewątpliwie historia ta zawiera żywe przesłanie także i dla nas. Zachęca nas na nowo do otwarcia oczu na znaki czasu, do szukania dobrej nowiny tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy i pośród tych, których najmniej doceniamy, którymi być może nawet pogardzamy. Warto pamiętać przestrogę Jezusa: „Zapewniam was, że celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa Boga” (Mt 21,31).


01 marca 2010

Słuchać Słowa Pana


„Ziemio, ziemio, ziemio! Słuchaj słowa Pańskiego!” (Jer 22,29).

Gdy otwarłem kilka dni temu moją skrzynkę pocztową, spośród mnóstwa wiadomości, które jak zwykle się tam znajdowały, moją uwagę zwróciła jedna, która pochodziła od znajomej osoby, mocno zaangażowanej w szerzenie Słowa Bożego, od której od dłuższego czasu nie miałem wiadomości. Tym razem jednak nie była to wiadomość skierowana bezpośrednio do mnie, lecz kopia innej wiadomości, w której informowano, że słuchacze Radia Chrześcijanin nominowali Towarzystwo Biblijne w Polsce do tytułu „Wydawnictwo roku 2009” oraz że do 10 lutego 2010 r. można głosować na nie poprzez stronę internetową, której adres był podany poniżej. Informowano także, że wydawnictwo, które otrzyma największą ilość głosów, będzie miało przywilej być reklamowane przez miesiąc na antenie i stronie Radia Chrześcijanin.
Jako że cenię bardzo Towarzystwo Biblijne w Polsce i darzę szacunkiem osobę, która przysłała mi tę wiadomość (zapewne z nadzieją, że pomogę im wygrać ten konkurs), odwiedziłem wskazaną stronę internetową Radia Chrześcijanin i wypełniłem odpowiedni formularz głosowania. Zaraz jednak uświadomiłem sobie, że oto dałem się wciągnąć w bardzo prosty i chwytliwy mechanizm reklamowy. Otóż Radio, które chce poszerzyć sobie audiencję, ogłasza konkurs i typuje do niego instytucje, które mogą mu zapewnić dostęp do swoich potencjalnych nowych słuchaczy, wciągając ich do udziału w konkursie. Natomiast Towarzystwo Biblijne, które jest jedną z tych wytypowanych instytucji, zgadza się na udział w tym konkursie, który może mu zapewnić – o ile wygra – miesięczną reklamę skierowaną do wszystkich słuchaczy tej rozgłośni. Prosty i skuteczny mechanizm, który faworyzuje obie strony, i który w moim przypadku zadziałał. I zrobiło mi się żal tak Radia Chrześcijanin, jak i moich przyjaciół z Towarzystwa Biblijnego, że czuja się zmuszeni uciekać się do takich środków, by dotrzeć ze Słowem Bożym do szerszego kręgu osób.
Przypomniałem sobie o tym wszystkim teraz właśnie, gdyż w tych dniach – kiedy piszę tę refleksję – to ja z kolei zastanawiam się co zrobić, jakich środków użyć, by zachęcić moich współbraci do tego, byśmy zasiedli razem wokół Pisma Świętego i ubogacali się wzajemnie naszym doświadczeniem Słowa Bożego w naszym życiu osobistym i wspólnotowym.

Nieme Słowo
Kilka lat temu, podczas rekolekcji wielkopostnych w małym miasteczku na północy Polski, na jednej z nauk poprosiłem, by podnieśli rękę ci, którzy mają w domu Pismo Święte i ujrzałem las rąk. Lecz gdy poprosiłem, by podnieśli rękę ci, którzy to Pismo Święte w ciągu ostatniego miesiąca otwarli, nieśmiało uniosły się w górę zaledwie trzy dłonie.
Dwa lata temu, wielu za nas ucieszyła wiadomość, że Papież Benedykt XVI zwołał na październik 2008 roku Synod Biskupów poświęcony Słowu Bożemu w życiu i misji Kościoła. Kilka dni temu, w rozmowie z ojcem Ludgerem, niemieckim werbistą, który przez wiele lat pełnił funkcję sekretarza Katolickiej Federacji Biblijnej, ze smutkiem stwierdziliśmy, że niewiele z tamtego entuzjazmu zostało. Od zakończenia Synodu minęło już ponad półtora roku, a jeszcze nie został wydany dokument papieski zawierający owoce prac Synodu i, co gorsza, można odnieść wrażenie, że większość już o Synodzie zapomniała i nieliczni są ci, którzy jeszcze tego dokumentu oczekują.
Ponad trzydzieści lat temu Roman Brandstaetter, wybitny polski pisarz i wielki miłośnik i propagator Słowa Bożego, napisał Lament nieczytanej Biblii, w którym jak refren powtarzają się słowa: po co kupiłeś mnie, człowieku, po co zapłaciłeś za mnie trzysta złotych, po co dźwigałeś mnie w teczce przez miasto i po co mnie przyniosłeś do domu? Po co? Czy po to, aby przerzucić kilka moich stronic, przeczytać pobieżnie na chybił trafił kilka wybranych wersetów, spojrzeć na mnie z bogobojnym drżeniem i odstawić nabożnie na najgórniejszą półkę w księgozbiorze?

Czas wielkopostnej odnowy to wspaniała okazja, by sięgnąć na tę „najgórniejsza półkę w księgozbiorze”, wydobyć z niej lekko zakurzony już może egzemplarz Pisma Świętego i otworzyć je by uwolnić Słowo Boże w nim zamknięte. Zachęta niech będą dla nas słowa orędzia, które na zakończenie Synodu Biskupów poświęconego Słowu Bożemu skierowali do ludu Bożego jego uczestnicy uczestnicy:
Jak przypominał Jezus, aby stać się Jego braćmi i siostrami, trzeba «słuchać Słowa Bożego i wypełniać je» (por. Łk 8, 21). Prawdziwie słuchać to być posłusznym i działać, to dążyć do tego, by w życiu rozwijały się sprawiedliwość i miłość, to dawać świadectwo w życiu i w społeczeństwie, zgodnie z nawoływaniem proroków, które niezmiennie łączy Słowo Boże z życiem, wiarę z prawością, praktykę religijną z zaangażowaniem w życie społeczne. Mówił o tym wielokrotnie Jezus, począwszy od znanego napomnienia z Kazania na Górze: «Nie każdy, kto mówi Mi: ’Panie, Panie’, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie» (Mt 7, 21). W tym zdaniu zdają się powracać echem słowa Boże z Księgi proroka Izajasza: «Ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach i sławi Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie» (Iz 29, 13). Te napomnienia dotyczą także Kościołów, gdy nie dochowują wierności obowiązkowi posłusznego słuchania Słowa Bożego. (…) Wyciszmy się teraz, by dobrze słuchać Słowa Pana, a po wysłuchaniu go pozostańmy w ciszy, bo będzie ono w nas trwać i żyć, a także do nas przemawiać. Niech rozbrzmiewa ono na początku naszego dnia, aby do Boga należało pierwsze słowo, a pod wieczór niech powróci do nas echem, by ostatnie słowo należało do Boga.


01 lutego 2010

„Bądźmy świadkami miłości”



„Mam przeciwko tobie to, że porzuciłeś swoją pierwszą miłość. Pamiętaj więc, skąd spadłeś i opamiętaj się, i podejmij pierwsze czyny” (Ap 2,4-5).
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         
Od pierwszej niedzieli adwentu hasło to – „Bądźmy świadkami miłości” –  inspiruje nasze życie wspólnotowe i działalność duszpasterską naszego Kościoła. W trzy miesiące od inauguracji nowego roku liturgicznego, u progu Wielkiego Postu – kolejnego po Adwencie czasu odnowy i nawrócenia – warto chyba raz jeszcze podjąć pogłębioną refleksję nad tym, jaka konkretna rzeczywistość kryje się za tym hasłem, co jest jego treścią – co znaczy dzisiaj „być świadkiem miłości”? Od odpowiedzi na to pytanie zależeć będzie intensywność naszej odnowy wielkopostnej, wiarygodność naszego świadectwa chrześcijańskiego, i w rezultacie, stopień realizacji celu, który wytyczyliśmy sobie na ten rok liturgiczny.

Doświadczenie miłości
O ile zagadnienie świadectwa i świadczenia  wydaje się jasne i nie wymagające głębszej analizy czy zdefiniowania – choć warto pochylić się nad konkretnymi formami jego realizacji, do czego jeszcze powrócimy w oparciu o nauczanie Sługi Bożego Jana Pawła II – o tyle „miłość” jet terminem powszechnie dzisiaj używanym i nadużywanym, a przez to coraz mniej czytelnym.
Miłość jest dziś powszechnie utożsamiana z seksualnością, a nawet używana jest często jako jej termin zamienny. W wymiarze politycznym w rytmie różnych rocznic historycznych odżywa temat patriotyzmu i miłości do Ojczyzny rozumianej na tyle sposobów ile różnych grup i partii mamy na naszej scenie politycznej. Z „klasycznych” form mówienia o miłości zachowała się jeszcze, choć można by powiedzieć, że w formie szczątkowej, miłość małżeńska i miłość rodzicielska. – Której z tych miłości mamy być świadkami?
Za świętym Janem możemy powiedzieć, że chodzi tu o te Miłość, z której wywodzą się wszystkie inne powyżej wspomniane: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga. Każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Ten, kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością” (1J 4,7-8). Jesteśmy świadkami miłości, która ma swe źródło w Bogu – jesteśmy świadkami Boga, który jest miłością.
By móc o czymś świadczyć, trzeba najpierw tego doświadczyć. Nasze świadectwo miłości rodzi się z naszego osobistego doświadczenia Boga i Jego miłości: „W tym przejawiła się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On nas umiłował i posłał swojego Syna, jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. (…) My poznaliśmy miłość, którą Bóg ma do nas i jej zawierzyliśmy” (1J 4,10.16).
Apostoł Jan w swoim liście przypomina nam i uświadamia, że im bardziej otwieramy się na tę miłość, której od Boga doświadczamy, tym bardziej tą miłością przenikamy, tym bardziej się do niej upodabniamy, tym ufniej się do Boga garniemy: „Bóg jest miłością: kto pozostaje w miłości, pozostaje w Bogu, a Bóg w nim. (…) W miłości nie ma lęku, ponieważ doskonała miłość usuwa lęk, gdyż lęk zakłada karę. Ten zaś, kto się lęka, nie jest doskonały w miłości” (1 J 4,16.18). Doskonalenie się w miłości polega na otwieraniu się na miłość, którą Bóg nas obdarza.

Życie miłością
Tak jak w relacjach międzyludzkich, podobnie i w relacji człowieka z Bogiem, doświadczenie miłości uzdatnia do tego, by tą doświadczaną miłością innych obdarowywać ,czy mówiąc negatywnie – nie jest w stanie kochać, kto sam miłości nie doświadczył. Miłość nie jest jednokierunkowa, a miłość , która ma swe źródło w Bogu, nie jest ekskluzywna: „My miłujemy, bo On pierwszy nas umiłował. Jeżeli ktoś mówi, że miłuje Boga, a swojego brata nienawidzi, jest kłamcą. Ten przecież, kto nie miłuje swojego brata, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. I to bowiem przykazanie mamy od Niego, aby ten, któ miłuje Boga, miłował też swojego brata” (1 J 4,19-21).

Świadectwo miłości
Warto w tym miejscu przypomnieć List Apostolski Novo millennio ineunte, który Ojciec Święty Jan Paweł II wydał 06 stycznia 2001, na zakończenie Roku Jubileuszowego. List ten służył zebraniu owoców Roku Jubileuszowego i wskazaniu praktycznych form wcielania ich w życie i dalszego ich rozwijania. Rozdział poświęcony praktycznym wskazówkom na przyszłość nosi tytuł... „Świadkowie miłości”. Jako konkretne formy świadczenia o miłości Papież wymienia: duchowość komunii, czyli krzewienie i rozwijanie jedności we wspólnocie, otwartość na różnorodność powołań, bo „jedność Kościoła nie oznacza jednolitości, ale połączenie w organiczną całość uprawnionych odmienności”, zaangażowanie ekumeniczne, jako szeroki wymiar budowania komunii oraz dzieła miłosierdzia, jako konkretny wyraz miłości wobec każdego człowieka. Jajko ostatnia konkretną formę świadczenia o Bożej miłości wymienia Papież dialog i misję, lub misje w dialogu – temat żywo obecny ostatnio w naszej refleksji i praktyce werbistowskiej.
Warto może w czasie Wielkiego Postu sięgnąć do tych dwóch źródeł – Pierwszego Listu świętego Jana i Listu Apostolskiego Jana Pawła II  Novo millennio ineunte – by odnowić w sobie doświadczenie Bożej miłości i wyraziście i owocnie tą miłością się dzielić.

01 stycznia 2010

Symbole i zabobony


„Tu potrzeba mądrości! Ten, kto ma rozum, niech obliczy liczbę Bestii, gdyż jest to liczba człowieka. A liczba jej: sześćset sześćdziesiąt sześć” (Ap 13,18).

Rozpoczynamy nowy rok kalendarzowy – rok dwa tysiące dziesiąty. Przypatrując się tej dacie, zauważamy, że z trzech zer roku 2000, które swoją „nadzwyczajnością” tyle emocji, lęków i obaw budziły jeszcze przed nastaniem tego roku, pozostało nam już tylko jedno zero (zniknie ono dopiero za 90 lat). Można by więc powiedzieć, że po nadzwyczajności roku 2000 przeszliśmy już do normalności – przynajmniej w tym, co numeracji lat dotyczy. Chociaż.... Wiele osób przywiązuje ogromną wagę do symbolicznego znaczenia liczb. I taki uważny obserwator, przywykły do „gry cyfr”, zauważy bez trudu, że liczba 2010 tak zupełnie „normalną” nie jest. Otóż, jeżeli przyjrzymy się jej uważnie, to zauważymy, że suma wszystkich jej cyfr, czyli 2+0+1+0, wynosi 3. Suma członów tej daty natomiast, czyli 20+10, wynosi 30. Sekwencja ta: 3, 30,...– to dla co przesądniejszych osób zjawisko wysoce wymowne, które może być zapowiedzią jakiejś nieokreślonej „nadzwyczajności” tego roku. Co więcej, poparcie do takiej interpretacji liczb znajdują oni w Biblii, gdzie większość pojawiających się liczb ma, bezpośrednio lub pośrednio, znaczenie symboliczne. Czy jednak podobne reguły symboliki liczb możemy zastosować do naszego nowego roku 2010?


Arytmetyka biblijna
Jedną z najstarszych, i jednocześnie najprostszych, form użycia liczb w Biblii są tak zwane przysłowia numeryczne: „Bóg jeden raz przemówił, dwa razy to słyszałem, że Bóg jest mocą, że u Ciebie, Panie, jest łaska – bo Ty odpłacasz każdemu według jego uczynków” (Ps 62,12-13), „Trzy rzeczy są dla mnie niezwykłe, a czterech nie rozumiem: Drogi orła w locie, drogi węża po skale, drogi statku na pełnym morzu, drogi mężczyzny z młodą kobietą (Prz 30,18), „Trzy rzeczy są nienasycone, cztery nie mówią: Dosyć!: Szeol, niepłodne łono, ziemia nienasycona wodą i ogień, który nie mówi: Dosyć!” (Prz 30,15). Liczebniki tutaj użyte pełnią funkcję czysto literacką – służą upiększeniu języka, pomagają w wyliczaniu i nadają rytm wypowiedzi.
Nierzadko liczby użyte w Biblii, które z pozoru są czystą informacją, mają swoje ukryte znaczenie symboliczne nadane im przez autora księgi. Mimo dystansu kulturowo-historycznego niektóre z tych znaczeń symbolicznych potrafimy odczytać, inne natomiast pozostają dla nas niezrozumiałe. Klasycznym przykładem takiego symbolicznego znaczenia liczb jest genealogia Patriarchów, którą znajdujemy w piątym rozdziale Księgi Rodzaju. Liczby tam podane z pozoru odnoszą się do wieku Patriarchów w momencie rożnych wydarzeń zachodzących w ich życiu. Według tych danych Adam żył 930 lat, Set – 912, Enosz – 905, Kenan – 910, Mahalaleel – 895, Jered – 962, Henoch – 365, Lamek – 777, Noe – 950, a o Matuszelachu mówi się, że „Gdy Matuszelach miał osiemdziesiąt siedem lat, spłodził Lameka. Po urodzeniu się Lameka Matuszelach żył jeszcze siedemset osiemdziesiąt dwa lata, płodząc synów i córki. Przeżył więc Matuszelach dziewięćset sześćdziesiąt dziewięć lat i wtedy umarł” (Rdz 5,25-27). Przez d ługie wieki panowało przekonanie, iż patriarchowie byli ludźmi wyjątkowo długowiecznymi. Takiej lekturze podawanych tu liczb przeczą jednak najnowsze badania najstarszych szczątków ludzkich, które wykazały, że człowiek pierwotny żył znacznie krócej niż współczesny. Spośród 187 zbadanych osobników z epoki neandertalskiej (ponad 30000 lat temu) tylko 3 żyły ponad 50 lat, trzynastu zmarło w wieku 40-50 lat, a reszta w chwili śmierci miała pomiędzy 40 i 20 lat. Ale w liczbach podawanych odnośnie do wieku patriarchów odkryto także inna prawidłowość. Otóż niemałe znaczenie ma w nich, w pewnym sensie magiczna, liczba 7. Jej wielokrotnością są liczby odnoszące się do Kenana: „Kenan miał siedemdziesiąt (10x7) lat, gdy spłodził Mahalaleela. Po urodzeni się Mahalaleela Kenan żył jeszcze osiemset czterdzieści (120x7) lat i miał synów i córki. Przeżył więc Kenan dziewięćset dziesięć (130x7) lat i wtedy umarł” (Rdz 5,12-14). Podobnie jest w przypadku Lameka: wiek 182 lat, w którym urodził mu się Noe, odpowiada 26 siódemkom, liczba 595 lat, które przeżył po tych narodzinach, dzieli się na 85 siódemek a liczba 777, wyznaczająca długość całego jego życia jest sumą 111 siódemek. Wszystko to dowodzi, że podane liczby nie świadczą o rzeczywistej długości życia patriarchów, lecz mają jakieś znaczenie symboliczne. Trudno jednak dzisiaj w sposób pewny odgadnąć, co autor biblijny chciał powiedzieć swoim czytelnikom, podając te wymyślne liczby. Niewątpliwie ma to związek z przeświadczeniem, że długie życie jest nagrodą za dobre postępowanie. Innych znaczeń tej symboliki możemy się jedynie domyślać.


01 grudnia 2009

W blasku świateł


„Powstań, zajaśniej, bo nadeszła twoja światłość i wzeszła nad tobą chwała Pana! Bo oto ciemność okrywa ziemię i mrok spowija narody, ale nad tobą wschodzi blask Pana i jawi się nad tobą Jego chwała. Narody pójdą do Twojej światłości i królowie do blasku twojej jutrzenki” (Iz 60,1-3).

Jeżeli spojrzeć na grudzień przez pryzmat obchodzonych w nim świąt, to można bez przesady powiedzieć, iż miesiąc ten jest swoistym „miesiącem światła”. Choć nasze doświadczenie mówi nam, że jest wręcz odwrotnie, gdyż właśnie w tym miesiącu najmniej światła słonecznego do nas dociera, najbardziej nam go brakuje, to faktem jest, że już w starożytności, na Bliskim Wschodzie i w basenie Morza Śródziemnego właśnie w tym czasie obchodzono wielkie święta światła. W Imperium Rzymskim dwudziestego piątego grudnia świętowano narodziny boga słońca (Sol Invictus). Tego samego dnia w dalekiej Persji odbywały się uroczystości z okazji narodzin Mitry, wszechwiedzącego boga światła, który był utożsamiany z niepokonanym słońcem i z innymi ciałami niebieskimi świecącymi w nocy. Także wyznawcy dwóch wielkich religii biblijnych obchodzą w grudniu swoje święta związane z symboliką światła: Żydzi przez osiem dni obchodzą Chanukę a my, chrześcijanie, dwudziestego piątego grudnia obchodzimy święto Bożego Narodzenia.
Niewątpliwie takie nagromadzenie „świetlistych świąt” w tym czasie wynika z faktu, iż pod koniec grudnia dochodzi do swego rodzaju „zmagania dnia z nocą” – noc zaczyna powoli ustępować światłu, którego z dnia na dzień jest coraz więcej. Kontemplowane oczyma wiary to zjawisko astronomiczne odczytywane jest jako symbol odwiecznego zmagania się dobra ze złem, „mocy światłości z mocami ciemności”.


Światło Bożej mocy
Hebrajskie słowo chanuka oznacza „inaugurację, poświęcenie”. Święto Chanuki zostało ustanowione w II wieku przed Chrystusem, aby upamiętnić zwycięskie powstanie Machabeuszy, oczyszczenie Świątyni w Jerozolimie i ponowne jej poświęcenie Jedynemu Bogu, dwudziestego piątego dnia miesiąca kislew (grudnia) roku 164 przed Chrystusem (1 Mch 4,36-61). Według tradycji przekazanej w Talmudzie, kiedy Machabeusze wyzwolili już i oczyścili Świątynię, nadeszła wielka chwila ponownego zapalenia wiecznego światła. Brakowało jednak specjalnie poświęconej do tego celu oliwy. Znaleziono jedynie jeden zapieczętowany przez arcykapłana dzbanuszek z oliwą, którego zawartość wystarczyłaby zaledwie na jeden dzień. Tymczasem świecznik w Świątyni, napełniony tą oliwą palił się przez osiem dni – dokładnie tyle ile potrzeba było do przygotowania nowej, czystej oliwy. W dalszej części Talmudu znajduje się postanowienie, że święto Chanuki, wspominające to wydarzenie, należy obchodzić poprzez zapalanie specjalnych świateł – pierwszego wieczoru zapala się jedno światełko, drogiego następne i tak dalej, aż do ostatniego wieczoru, kiedy zapala się ich osiem. Światła chanukowe symbolizują wygnanie ciemności przez światłość Boga – uciśnione światło nielicznych zwyciężyło ciemność obcego panowania. Podczas zapalania światełek śpiewany jest hymn oddający sens tego święta:
„Zapalamy te światła ze względu na cuda, zwycięstwa i wszechmocne czyny, których Ty dokonałeś dla naszych Ojców przez Twych świętych kapłanów. W ciągu wszystkich ośmiu dni Chanuki światła te są poświęcone i nie wolno nam ich używać, wolno nam tylko na nie patrzeć, aby dziękować Imieniu Twemu za Twe cuda, Twą pomoc i Twe wszechmocne czyny”.
W tym roku żydowskie święto Chanuka obchodzone będzie od dwunastego do dziewiętnastego grudnia.


Światłość prawdziwa
Motyw światła rozpraszającego ciemności wielokrotnie i w różnych formach przewija się w chrześcijańskich obchodach pamiątki narodzenia Zbawiciela. Jezus – Mesjasz, którego gwiazda pojawia się na wschodzie – przedstawiony jest przez starca Symeona jako „światło na oświecenie pogan”, a opisy Jego narodzenia przepełnione są blaskiem niebiańskiej światłości (Łk 2,9). W liturgii tego święta czytane są teksty proroków przedstawiających Mesjasza jako światłość, która przezwycięża mroki grzechu i zniewolenia: „Lud chodzący w ciemności ujrzał wielkie światło, a tym, którzy przebywali w mrocznej krainie śmierci, zajaśniało światło” (Iz 9,1). Jako „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka” przedstawiony jest Jezus w ewangelii według świętego Jana (J 1,9), a symbolika zmagania się światłości z ciemnością przepełnia całą Czwartą Ewangelię.


Błyski, diody, fajerwerki
Nietrudno chyba zauważyć, że cała ta tradycyjna symbolika światła powoli niestety zanika z naszej codzienności. Nie tylko świece zastępowane są przez diody i żarówki rozświetlane prądem z baterii, ale także nasza liturgia i zwyczaje z nią związane ulegają coraz większej racjonalizacji – zanikające powoli nabożeństwa roratnie są chyba najlepszym tego przykładem – co świadczy o tym, że zmienia się nasze rozumienie życia, rozumienie nas samych. Wychodząc z naturalnego rytmu światła i ciemności, rozpraszając mroki sztucznym blaskiem jupiterów człowiek staje się coraz bardziej samowystarczalny, coraz bardziej pewny siebie. Współczesny człowiek nie oczekuje już światła, jak tęsknie oczekiwał go kiedyś, lecz światłem włada. Włada nim, by leczyć zręcznym cięciem lasera i włada, by zabijać palącym błyskiem atomu. Światło już nie tyle budzi nadzieję, co coraz częściej budzi w nas lęk – lęk przed zniszczeniem, lęk przed zagładą.


W blasku płomyka
Może więc warto w te długie zimowe wieczory przekręcić wyłącznik, wyjąć z uszu słuchawki, zgasić halogen, zapalić świeczkę i razem z psalmistą powoli szeptać: „Pan moim światłem i zbawieniem moim, kogo więc mam się lękać? Pan jest obrońcą mego życia, przed kim więc mam odczuwać trwogę?” (Ps 27,1)



01 listopada 2009

Cenny pyłek


„Człowiek urodzony przez kobietę ma życie krótkie i pełne niepokoju. Jak kwiat wyrasta i więdnie, jak cień przemija i nie pozostaje” (Hi 14,1-2).


Każdy, kto nie jest nieczuły i kto choć przez chwilę trzymał w swych ramionach bezbronne niemowlę, mógł sobie uświadomić, jak wątłym i delikatnym stworzeniem jest człowiek. Listopadowe odwiedziny na grobach bliskich czy znanych nam osób, których niestety nie ma już pośród nas, bo ich życie dobiegło kresu z powodu starości, choroby czy tragicznego wypadku, utwierdzają w nas przekonanie o kruchości ludzkiego istnienia.


Nieznośna lekkość bytu
Biblijny Hiob, którego słowa posłużyły jako wstęp i motto do tej refleksji, doświadczając bólu, cierpienia i samotności, dochodzi w pewnym momencie do wniosku, że lepiej byłoby dla niego w ogóle się nie urodzić: „Czemu kazałeś mi wyjść z łona matki? Umarłbym i żadne oko by mnie nie ujrzało. I byłbym jakby mnie nie było – z łona matki przeniesiony do grobu” (Hi 10,18-19). W podobnym tonie, choć w mniej tragicznych okolicznościach, także prorok Jeremiasz przeklnie dzień swoich narodzin (Jr 20,14). W jednym z psalmów biblijnych natomiast czytamy, że „Nasze życie to lat siedemdziesiąt, a jeśli sił wystarcza – osiemdziesiąt. Chlubą ich trud i marność, szybko mijają, my zaś odlatujemy” (Ps 90,10).
Świadomość ulotności i kruchości ludzkiego życia, towarzysząca człowiekowi od zarania jego dziejów i wyrażona w wielu tekstach biblijnych, nie należy jednak jedynie do przeszłości, lecz jest żywa i obecna także w naszych czasach. Choć współczesny człowiek kultywuje w sobie przekonanie o swej wielkości i wszechmocy, w czym utwierdzają go coraz to nowe osiągnięcia techniki i medycyny, to jednak nieustannie towarzyszy mu świadomość własnej skończoności i przemijania – „nieznośna lekkość bytu”, jak to określił współczesny pisarz czeski Milan Kundera. Niektórych ludzi, słabszych lub mniej odpornych niż inni, ta świadomość ograniczoności i bezradności nierzadko paraliżuje i obezwładnia, a w ekstremalnych przypadkach prowadzić może nawet do odebrania sobie życia – o czy coraz częściej niestety ostatnio donoszą nam media. Ogromna większość ludzi jednak, świadomie lub nieświadomie, stara się unikać pytań o wartość i sens swego istnienia. Jedni usprawiedliwiają to potrzebą troski o zapewnienie sobie wystarczających środków do godziwego życia – „bo choć życie jest krótkie, to z czegoś jednak trzeba żyć”. Inni natomiast, mając środki do życia odpowiednio zapewnione, czy nawet mając ich w nadmiarze, oddają się „używaniu życia” – hołdując być może, cytowanej także w Biblii, zasadzie: ”Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (Iz 22,13; 1 Kor 15,32). Coraz bardziej wyrafinowane – by nie powiedzieć „wynaturzone” – formy rozrywki, coraz większa ilość alkoholu i narkotyków, które tej „rozrywce” towarzyszą, coraz bardziej desperackie szukanie „adrenaliny” czy „odlotu” (zwróćmy uwagę na tragiczną trafność tego określenia), jak to określa dzisiejsza młodzież, są przykładem na to, jak bardzo współczesny człowiek stara się uciec od pytania o sens swego istnienia, czy jak bardzo usiłuje to pytanie w sobie zagłuszyć.

Patrząc z odwrotnej perspektywy
W księgach biblijnych jednak, refleksji nad kruchością, skończonością i wynikającym z nich pozornym bezsensem ludzkiego istnienia, towarzyszy wiara – oparta na doświadczeniu – w Bożą opatrzność, w to, że Bóg troszczy się o człowieka i wspiera go swoją mocą. Święty Paweł wyraża tę wiarę paradoksalnym na pozór stwierdzeniem: „gdy niedomagam, wtedy jestem mocny” (2 Kor 12,10), co znaczy: „Bóg wspiera mnie w tym, w czym sam niedomagam”.
W cytowanej już kilkakrotnie księdze Hioba, przed poszukującym sensu swego cierpienia Hiobem Bóg rozpościera ogrom stworzenia i zasypuje go pytaniami, które mają mu pomóc wyjść z zaślepienia swoim cierpieniem i odkryć ogrom mocy Boga, który czuwa nad całym stworzeniem i czuwa także nad Hiobem i troszczy się, by on, mały pyłek w ogromie Bożego stworzenia, nie uległ zniszczeniu (por. Hi 38-39). „Nie lękaj się, bo ja jestem z tobą; nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem” – czytamy w księdze proroka Izajasza (Iz 41,10). Warto przypomnieć sobie słowa Jezusa skierowane do Jego uczniów – a więc także i do nas: „Czy nie sprzedaje się pięciu wróbli za dwa asy? Żaden z nich nie jest jednak zapomniany przez Boga. Nawet wszystkie włosy na waszej głowie są policzone. Nie bójcie się, znaczycie więcej niż wiele wróbli” (Łk 12,6-7). Z zachwytu nad Bożą troską o człowieka i jego dobro zrodziły się słowa psalmisty: „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, czym syn człowieczy, że masz go w opiece?” (Ps 8,5).


Depresja lub nadzieja
W encyklice Redemptor hominis JanPaweł II napisał, że „człowiek odnajduje w Bogu swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa”. Myśli o naszej słabości, śmiertelności i przemijaniu, które w sposób szczególny nachodzą nas w jesienne, listopadowe wieczory, mogą być pierwszymi symptomami jesienno-zimowej depresji lub okazją do odkrycia naszej wielkości, godności i wartości płynących z naszej relacji z Bogiem. Zależy to tylko i wyłącznie od nas.



01 października 2009

Brat kwiatek, siostra kaczka...


„Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1,26-28).


Na międzynarodowym spotkaniu ekumenicznym “Kościoły wobec AIDS”, które miało miejsce kilkanaście lat temu w Quito, pewien sympatyczny pastor luterański z Argentyny, psycholog z zawodu, zwierzył mi się, że w swoim gabinecie ma na biurku mały obrazek przedstawiający... świętego Franciszka. Przyznał, że ta „nieortodoksyjność” – wszak jednym z zasadniczych elementów reformy luterańskiej było zniesienie kultu świętych i ich podobizn – wynika z faktu, że święty Franciszek pomaga mu, jak się wyraził, „nie utracić wrażliwości ekologicznej” .
Nie ulega wątpliwości, że wrażliwość i prostota Franciszka z Asyżu, jego otwartość na otaczający go świat Bożych stworzeń – dzisiaj nazwalibyśmy to „integracją ekologiczną” – choć miała z początku ogromne trudności z akceptacją ze strony oficjalnych struktur Kościoła, do dzisiaj jest dla wielu chrześcijan niesłabnącą inspiracją do kultywowania wrażliwości na otaczający nas świat, jego piękno i jego harmonię. Co więcej, wiele ruchów i organizacji ekologicznych, niekoniecznie zaangażowanych religijnie, uznaje go za swego inspiratora i patrona.


Dominium terrae?
Postać świętego Franciszka wybija się ponad przeciętność w świecie chrześcijańskim, między innymi z tego powodu, że chrześcijaństwo nierzadko postrzegane jest jako religia, która przyczyniła się w znacznym stopniu do zachwiania równowagi ekologicznej na ziemi. Jako „główny winowajca” wskazywana jest chrześcijańska teologia stworzenia, uzasadniająca i inspirująca dominację ziemi, dominium terrae, jako Boży mandat udzielony człowiekowi w akcie stworzenia.
Cytowany na wstępie tekst, a szczególnie słowa: „Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1,28), odczytywane były przez wieki jako mandat do panoszenia się człowieka na ziemi.
Cy taka interpretacja jednak jest uzasadniona? Czy rzeczywiście Bóg dał człowiekowi absolutną i nieograniczoną władzę nad swoim stworzeniem? Znajdziemy wiele tekstów w Biblii, które przedstawiają człowieka jako uwieńczenie Bożego dzieła stworzenia, jako najdoskonalsze ze stworzeń. Wspomnijmy choćby przepiękne słowa Psalmu 8: „Uczyniłeś go niewiele mniejszym od Boga, uwieńczyłeś chwałą i dostojeństwem. Dałeś mu władzę nad dziełami rąk Twoich, wszystko złożyłeś u jego stóp” (Ps 8,6-7). Czy jednak ta władza dana człowiekowi przez Boga jest władzą absolutną?

Utrzymywać harmonię
Hebrajskie słowa RāDaH (panować, w łacinie: dominare) i KāBaŠ (czynić sobie poddanym, dosłownie stąpać, deptać), które pojawiają się w opisie stworzenia człowieka (Rdz 1,28) używane są w Biblii głównie w kontekście wykonywania władzy, przede wszystkim władzy królewskiej. Słowo KāBaŠ (czynić sobie poddanym, dosłownie stąpać, deptać) tłumaczy się w znaczeniu uprawy ziemi przez rolników. W tym sensie, Bóg daje człowiekowi zdolność uprawy ziemi, zapewnienia sobie „przestrzeni życiowej” niezbędnej do zapewnienia sobie środków do życia. Ziemia, jako przestrzeń życiowa, musi być przez człowieka opanowywana, podporządkowywana. W tym zdobywaniu ziemi, poszerzaniu swojej przestrzeni życiowej, człowiek musi rywalizować innymi mieszkańcami ziemi – z bestiami, dzikimi zwierzętami. Warto zauważyć, że w akcie stworzenia Bóg udziela swego błogosławieństwa człowiekowi, ale nie udziela go dzikim zwierzętom. Jest to wyraźny dowód na to, że dla autorów tego tekstu biblijnego człowiek jest bardziej narażony na niebezpieczeństwo niż dzikie zwierzęta, człowiek postrzegany był wówczas jako stworzenie słabsze, którego należy bronić.
Słowo RāDaH (panować, w łacinie: dominare) w użyciu biblijnym związane jest ściśle z wykonywaniem władzy królewskiej – władzy rozumianej jako utrzymywanie ładu i porządku, wprowadzanie harmonii, zapewnienie równowagi.
Odczytując w tym kontekście słowa z Księgi Rodzaju mówiące o daniu człowiekowi władzy „panowania” i podporządkowywania” rozumieć należy, że w świetle tego tekstu, człowiek postrzegany jest jako stworzenie słabe i bezbronne, które Bóg uposaża i błogosławi, by mogło przeżyć. Jednocześnie też człowiek, jako ukoronowanie stworzenia Bożego otrzymuje zadanie ( a nie władzę) utrzymywania harmonii pośród stworzeń.


W obroni najsłabszego
Nie ulega wątpliwości i nikt tego chyba nie podda pod dyskusję, że obecnie człowiek ewidentnie nie jest już najsłabszą i bezbronną częścią stworzenia. Wręcz przeciwnie – wykorzystując potencjał dany mu przez Boga człowiek rozwinął się do tego stopnia, że stał się zagrożeniem dla wszelkich innych stworzeń. Dlatego też teraz, bardziej niż kiedykolwiek, powinien sobie człowiek uświadomić zadanie powierzone mu przez Boga: panować – królować – nad stworzeniem, nie jako władca despotyczny i bezwzględny (por. Iz 14,3-27) lecz jako roztropny administrator wprowadzający harmonię i otaczający troską byty najsłabsze i najbardziej zagrożone – jak na kwiatki i ptaki w dolinie Rospudy, kaczki w Warszawie i tylu innych naszych współmieszkańców na ziemi.